Mam w swoim środowisku kilka osób, które przy spotkaniu przeważnie częstują mnie tym samym pytaniem w różnych konfiguracjach. Znajomy wujek zawsze nakłania mnie, żeby wziąć kredyt albo urządzić weselicho. Z kolei drzewiej inna ciotka zachęcała do zakładania rodziny, bo przecież „jakoś to będzie”. Oboje to fajni ludzie i wydaje się, że zawsze chętnie pomogą, ale mają też inne doświadczenia od moich. Ponieważ zaś zdarzyło mi się przeczytać przedrukowaną przez redakcję Onetu odezwę do społeczeństwa, która już teraz stanowi rzeczowy opis nie tylko moich nastrojów – spróbuję ją uzupełnić o własne przemyślenia.
Geszefciarstwo kroplówką narodu
Już w czasach, gdy ubrana w śnieżnobiały płaszcz zima dopiero przymierzała u krawca szkło wzbogacone dymionym metalem, dostępność mieszkań w miastach była średnio zachęcająca. Zamiast rozwiązania, przeważnie funkcjonowało obchodzenie problemu. Pewnym sposobem było współdzielenie lokalu – skrzykiwało się czterech czy pięciu chłopa pokroju studenckiego i można było mieszkać na obrzeżach, jeśli nie w centrum Krakowa za rozsądne pieniądze. Rynkowi kombinatorzy już wówczas kręcili się wokół bogatszych rewirów, ale żacy, jeśli tylko sakwa nie świeciła pustkami, nie mieli problemu z dachem nad poduszką. Pojedyncze mieszkania były odpowiednio droższe, ale jeśli się uprzeć, to parkę było jeszcze stać na taki najem. Natomiast samodzielny lokal w moich warunkach był niemożliwy.
Nie mniejszym problemem jest pula zachowań postkontraktowych, zarówno w wykonaniu zasadźców, jak i włościan. Nasłuchałem się nieco opowieści o nieporządnych współlokatorach, któzy nadmiernie hodowali swą opieszałość względem ruchów zmywakiem po kubkach czy szmatą po boazerii. Istotnie więc denerwują się właściciele, choć takich coraz mniej, którzy wynajem traktują raczej jako wsparcie innych niż wzbogacanie się, a mimo to po rozwiązaniu umowy zastają na miejscu niesłusznie otwarte, niechby nawet przypadkiem, szkody.
Z drugiej strony sami właściciele nie są lepsi, choć bucami najczęściej nie są też ci wspierający. Chyba nigdy nie zapomnę sytuacji, gdy z kumplem znaleźliśmy mieszkanie w budynku kilkurodzinnym na warszawskich Włochach. Umowa podpisana, jadę do innego miasta po swoją pościel, gdy dostaję telefon od pani włościanki z informacją, że ona sie boi że niewidomy kolega nie obsłuży gazówki czy junkersa. Asertywność pomogła, ale nie po to wynajmujemy mieszkania, żeby się bujać z obawami wynajmujących.
Świnka-skarbonka z jelitem do księżyca
Częstą przewrotnością w wykonaniu niektórych właścicieli było, a może i nadal jest życzenie płatności w gotówce, której może towarzyszyć podpisanie umowy na kolejny miesiąc. Oznacza to, że w czasach e-bankowości, jeśli nie aplikacji mobilnych, trzeba wrócić do epoki terminala gładzonego. Chciał, nie chciał – raz w miesiącu musisz najpierw pofatygować się do maszyny, a potem zsynchronizować sloty czasowe z osobą, z którą dokonasz formalności.
Bezdenna pustka ogarnia mnie natomiast, gdy słyszę np. w opowiadaniach, jak ktoś mówi, że „nie chce, żeby stało puste”. Gdyby to była główna przyczyna, to taki lokal poszedłby za czynsz, podatek i ubezpieczenie, nie zaś za minimalną krajową – jest to jednak niesłychane w naszych warunkach rynkowych. Inna sprawa, że wszyscy lubią łatwy zarobek i na taki kwadrat znalazłoby się żebernastu nieuczciwych najemców, jeśli nie spekulantów. Siak czy tak, powdrożeniowym odpowiednikiem powyższego figla retorycznego jest stwierdzenie „muszę niestety podwyższyć”. Dodam, że to pierdoły, w których właściciele przeważnie nie widzą nic złego, ale mnie za każdym razem to dotyka, bo widzę ile idzie na czynsz, a ile – zamiast na samorząd – do kieszeni właściciela.
Tytułem wyjaśnienia: nie byłoby w tym nic złego, gdyby to była nieprzymuszona wola. Oczywiście, personalnie nikt nikogo nie zmusza do podpisywania umowy z tą konkretną osobą. Tylko – mając pracę w konkretnym miejscu, za to nie mając pola manewru w tej kwestii – co zrobić, jeśli innym wyborem jest co najwyżej reset kosztów mieszkania z poziomu tercji do najmniej połówki własnych zarobków? Bo sposobem na uzyskanie zdolności kredytowej to na pewno nie jest.
Zostawię barachło, nie rusz
Autorka onetowego listu pisze też o meblowo-aranżacyjnych fanaberiach właścicieli. Faktycznie, to w pewnym momencie zaczyna doskwierać – szczególnie, jeśli potrzebujesz czegoś więcej, niż statystyczny lokator. Zresztą w ogóle ze statystyką jest tak, że ja i mój pies mamy po trzy nogi – a tak naprawdę to po jednej, bo pies jest, póki co, wyimaginowany, więc nie ma nawet ogona, nie mówiąc o łapach.
Ostatnio potwierdziło mi się to po raz wtóry, gdy kolega w rozmowie stwierdził, że „przecież wystarczy wstawić byle jakie meble z OLX”. U mnie zawsze kończyło się to tak, że nie miałem mieszkania dostosowanego do moich potrzeb. Nie zachcianek, ale właśnie potrzeb – w tej chwili jestem pracującym Kozłem, więc gdy dostaję zadanie, to potrzebuję czasu, ciszy i przestrzeni, żeby odpowiednio je ogarnąć po drodze uważając na moje wertepy sensoryczne, jeśli nie kognitywne. A że nie mam mieszkania ciężką pracą odziedziczonego, ani też walizki z pieniędzmi – kogo to obchodzi?
Najwymowniejszą myślą, która przy tej okazji przyszła mi ostatnio do głowy, był jednak fakt, że istnieją grupy, takie jak ta wyśmiewająca okropne oferty mieszkań, i że wynajmujący naprawdę próbują zarobić na potworkach, które są tam dokumentowane. To z kolei każe się zastanawiać, na jakie kwiatki przyjdzie nam się natknąć – meble po dziadku i wnuczku, jeden z pokoi wypełniony starymi gratami czy oszczędzanie na polisie ubezpieczeniowej? Dodam, że ten ostatni przykład pochodzą z czeluści mojej wyobraźni, natomiast empirycznie doświadczyłem prośby od jednego z właścicieli o podpisanie dobrowolnego oświadczenia o eksmisji – a wiecie, jutro praca, z kolegą nie bardzo mieliśmy jak szukać, więc alternatywy nie było.
Siak czy tak, ludzie zostawiają w swoich lokalach graty, jakby mieli zamiar po jakimś czasie zerwać glejt i wyrzucić lokatorów. Czasem objawia się to zamkniętym pokojem, do którego proszą, żeby nie wchodzić, a czasem słychać to już w rozmowie przy oglądaniu mieszkania – i choć tyle dobrego, gdy ktoś taki nie ukrywa, że nie jest w stanie czegokolwiek w tej materii zagwarantować. Ja jednak już parę razy zostałem w ten sposób zmieciony z planszy. Jest to frustrujące, bo przeprowadzka rodzi szereg rzeczy, które zaplanować ciężko, zrobić trzeba, a rezultat jest niepewny.
Transgeneracja
Czasem zdarza się, że właściciele oceniają najemców swoją miarą i nie zwykli przyjmować do wiadomości, że ci drudzy mają jakiekolwiek niepozytywne emocje. Wydaje się być to szczególnie częste, jeśli rozmawiamy z osobą, będącą myślami w czasach słusznie minionych, niekiedy ciężką ręką przyprawionymi postawą obronną. Trafnie opisują to dziennikarki Wyborczej w jednym z odcinków podcastu „8:10” – tam akurat o studiach, ale właśnie pod kątem różnic pokoleniowych.
Meble są tu dobrym przykładem. Biurko? Jakie biurko? Czterdzieści lat pracowałem z młotem, a nie jakieś papiery czy komputery, to młodzi też mogą. Wyolbrzymiam, ale myślę, że niektórzy lokatorzy mogliby przytoczyć podobne, mniej lub bardziej jaskrawe przykłady. Mieszkania są wynajmowane as-is, toteż przy każdej przeprowadzce nalezy nabywać lub zbywać przyrządy, w zależności nie tyle od kaprysu, ile od sytuacji w danym miejscu. I zdaję sobie sprawę, że taki stan rzeczy to nie wina właścicieli – ale traktowanie kwadratu jak kolejnego przydasia nie niesie za sobą wielu dobrych następstw dla tych, którzy mają tam mieszkać.
A niechby, oprócz biurka, pojawił się jeszcze nie tyle komputer, ile np. powiększalnik czy inne przedmioty, to kandydat na mieszkańca znajdzie się pod gradobiciem pytań. O dostępie do piwnicy można pomarzyć, więc wszystkie pudła kolą w oczy. O zwierzęciu przeważnie też nie ma mowy, zwłaszcza asystującym, choćby nawet taka istota znała się na variétés. Niektórym chyba się wydaje, że najlepiej, gdyby był sam użytkownik, nie mający sprzętów, zwierzaka, uczuć i potrzeb – takie przynajmniej odnoszę wrażenie.
Oczy jak u wilka
Pani potrzebuje psa z powodu omdleń? A co, jak mi pani kojknie przy gotowaniu obiadu? Pan jest niewidomy? To jak pan sobie śniadanie sam zrobi?
O niewidomym kumplu wspominałem, ale historia zna inne przypadki, z psami czy bez, ze sprawnością pełną lub nie. Przykre jest to, że chcąc być uczciwym, narażamy się na nieuczciwość, jeśli nie brak szacunku ze strony części ludzi – niezależnie od strony. Odnoszę wrażenie, że z tym ostatnim jest trochę tak, jak z ogłoszeniami matrymonialnymi w gazecie – nieraz obie strony wykazują się nim dość umownie i często powściągliwie, a i tak towarzyszy temu lekki obciach.
I chwała tym, którzy traktują niepełnosprawnych godnie, dzięki czemu mogą relatywnie normalnie żyć. Przeważnie jednak, nawet statystyczni ludzie są prześwietlani, jakby chcieli w mieszkaniu świadczyć co najmniej usługi na granicy legalności – a osoby wychodzące poza formatkę już w ogóle są traktowane jak odmieńcy. Tylko czekać, aż ktoś wezwie guślarza czy innego egzorcystę.
Psy ogrodnika
Niektórzy właściciele słusznie obawiają się powierzać innym swoje lokale – nie dziwię się. Sprzęty do naprawy, nieodmalowane ściany czy nieproporcjonalne prawa i obowiązki po obu stronach umowy powodują, że nikt nie nadstawia choćby śródręcza, a co dopiero policzka czy karku.
Skutkiem tego są mieszkania dobre, ale ponad możliwości budżetowe zwykłych ludzi, albo osiągalne pieniężnie, ale mnogo wadliwe – tak formalnie, jak użytkowo. Efektem ubocznym bywają pustostany, bo i część ludzi nie chce iść ani w lewo, ani w prawo – a że obie ścieżki prowadzą po skarpie, a drogi na wprost brak, idą wstecz. Efekt jest taki, że jeśli ktoś potrzebuje mieszkania zgodnego z trybem życia, to siłą rzeczy musi liczyć się z barierami finansowymi i dostępnościowymi. Słowem: wyskakuj z kasy, albo sobie dojeżdżaj z Bród Warszawskich albo Rokitek Tczewskich.
Do powstawania całego tego spustoszenia przyczyniają się dodatkowo – chcący lub nie – spekulanci. Nawet jeśli praca flippera też jest ciężka, jak to okreśił jeden z fotelowych publicystów, to nie pozostaje ona bez wpływu na dostępność. W moim odczuciu zajęcia takich „giełdziarzy”, choć wymaga wprawy, nie nazwałbym szczególnie uczciwym, bo to – nie tylko na chłopski rozum – drenuje rynek.
Pójdziemy razem w góry?
Nierzadko w dłuższych dyskusjach pojawia się sugestia: „a może lepiej we dwójkę?” – zazwyczaj to działa, musimy jedynie przyjąć, że przynajmniej jedno z nas ma porządny pakiet rozruchowy. Niektórzy mają takowy w postaci wsparcia, obejmującego więcej, niż ubezpieczenie emocjonalne. Nie chodzi nawet, przykładowo, o ciężko odziedziczony dom, ale o umiejętność zarządzania przysłowiowymi talentami. Nie każdy się nią cechuje, zwłaszcza że najlepiej gdy ta wynika z szacunku, niemniej można się jej nauczyć – choć niewątpliwie jest łatwiej, mając coś na początek. Tyle dobrego, że mamy możliwość obracać się wokół osób, które potrafią docenić bogactwo niezależnie od jego wielkości.
Problem zaczyna się, gdy wyciągamy z tobołka – że pozostanę przy metaforze starter packa – mocno czerstwy już odpiek z dyskontu, zamiast chleba z domowej kuchni, który spokojnie wytrzyma kilka dni. Albo inaczej: wyobraźcie sobie, że ktoś buchnął Wam z plecaka nowoczesny, ładowany ogniwem słonecznym powerbank wraz z książkową mapą oraz, oczywiście, portfelem – a zorientowaliście się o tym przed wyjściem z pociągu na nową dla Was stację, z której prowadzi szlak górski.
Co w tej sytuacji można zrobić? Jeśli jechać dalej lub wracać, to za co kupić bilet? Podążać szlakiem bez przewodnika, ale bez znajomości terenu nietrudno zbłądzić, nawet w duecie. Chcąc być uczciwym i przezornym, należałoby – moim zdaniem – zostać w miasteczku i w nim próbować szukać pomocy: pracy, pokoju albo chociaż jakiegoś starego piernata. Pół biedy, jeśli możesz zatelefonować do kogoś, kto Ci pomoże – zapewniam jednak, że nie wszyscy mają do dyspozycji takie grono.
Codzienny restart młockarni.
Cężko mi pisać za kogoś innego niż ja sam, ale mogę chyba powiedzieć, że przy wszystkich naszych problemach – np. moich sensorycznych, ale też kognitywnych czy społecznych – zrobienie czegoś ponad codzienny kierat bywa bardzo karkołomne, o ile w danym momencie wykonalne. Bardzo trafnie opisane jest to na przykładzie wspinania się po akademickiej drabinie kariery prawniczej w jednym z wcześniejszych odcinków podcastu, znów, „8:10” – tylko tutaj mogą dochodzić, mówiąc już wprost, inne sprawy, np. niepełnosprawności, lęków czy gorszej sytuacji finansowej, spowodowanej choćby odmiennymi okolicznościami społecznymi.
Dlaczego z kimkolwiek mielibyśmy się obchodzić, jak z jajkiem? Nie wiem. Z drugiej strony intuicja podpowiada, że np. sprzedawcy czy usługodawcy, chcąc dotrzeć do jak największej klienteli, z reguły powinni się postarać o jak najlepszą widoczność sklepu, uprzejmość obsługi czy jakość serwisu. Spożywczaki i restauracje mają więc zapasy produktów żywnościowych, fryzjerzy muszą mieć na zapleczu pudła nożyczek i odżywek, szpitale lub apteki powinny dysponować lekami czy sterylnymi bandażami, a serwisy internetowe – żeby oferować swoje usługi całą dobę – powinnny działać np. na infrastrukturze zapasowej, gdyby podstawowa przestała działać. Jak to jest, że zmęczonym ludziom przeważnie nawet nie planuje się zapewniać aż tak nadmiarowej ochrony, jak w przypadku dostarczania towarów czy usług?
Po drugiej stronie bajora.
Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych moje złorzeczenia są niesprawiedliwe. Istnieją landlordzi, któzy naprawdę nie szukają zwady, a przede wszystkim normalnego lokatora, oferując przy tym pozytywnie wyróżniający się na rynku kąt. Kamienicznicy czy inni posesjonaci to też nie instytucje charytatywne, więc ciężko oczekiwać, żeby wypuszczali na rynek coś nierynkowego, w którąkolwiek stronę by to nie odstępowało.
Czy tego chcemy czy nie, nieruchomość dla części stanowi wartość rynkową, gdy dla innych możliwość stabilnego zamieszkania jest niezbywalną potrzebą. Dlatego staram się nie zabierać głosu w dyskusjach na ten temat, o ile nie jest to konieczne. Mogę też nie znać życia od strony zwykłego przedsiębiorcy z trójką dzieci, który sam potrzebuje zapewnić swojej rodzinie dobre życie – i też życzę im tego, bo ani dzieciaki niczemu nie są winne, ani współmałżonkowie takich osób ani one same nie są idealne, ergo nie muszą znać każdego punktu widzenia.
Niektórzy faktycznie nie są mile widziani jako najemcy, bo nie mają umiejętności społecznych, żeby mieszkać między ludźmi – są roszczeniowi i uciążliwi dla współmieszkańców, a jednocześnie nie potrafią zaprowadzić porządku w wiaderku z mopem, nie mówiąc o kącie z materacem. Z drugiej strony obawy, podobne do wspomnianych wcześniej, rodzą inne obawy, a ich spirala się nakręca. No i chyba mało komu pomoaga traktowanie nieruchomości jako inwerstycji, bo jeśli druga strona traktuje ją jako miejsce do życia, to bywa, że jet to bomba z opóźnionym zapłonem.
Nie wiem, jak widzą to ludzie bogatsi w doświadczenia rodzinne lub życiowe, choć znam i takich, których zaradność wynika z ilości cyferek na kontach, jak i tych, którzy mogli ten proces odwrócić. Z drugiej strony, nie każdy ma charakter Kurta Cobaina czy Joanne Rowling, żeby pokonywać wciąż i wciąż przytłaczające trudności – a zmuszanie do poświęcenia nie jest najlepszym pomysłem. Ale właśnie z uwagi na takie przeszkody, skoro zazwyczaj nie pomożemy, to pozwólmy sobie milczeć – zamiast wypominać takie czy inne poglądy albo pytać, czemu kto nie weźmie kredytu, nie posiada jeszcze dzieci (psiakość, co to za konstrukcja werbalna?), nie wpasowuje się w inne figury ponadjednostkowe.
Jest to tym bardziej przykre, gdy słyszę obśmiewanie co bardziej przyjaznych konceptów socjalnych czy gospodarczych. Osobiście niemal co dzień wstaję i kładę się z obawą, czy wkrótce przez swoje ograniczenia sensoryczne czy społeczne, a gdzieniegdzie nawet kognitywne, nie zabraknie nam dachu i podłogi, nie mówiąc o poduszce. Dlatego tym bardziej cieszę się z każdej jednej osoby, z którą można z obopólną wyrozumiałością porozmawiać, jednocześnie nie zamieniając obrazu życia w obrazę uczuć.